Za sterami samolotu od ponad 20 lat. „Nikt z nas nie jest samobójcą”

Kto nie składał samolotów z papieru? Jako mały berbeć składałem i ja. Puszczałem je na wietrze i obserwowałem ich lot. Kto by pomyślał, że ten papierowy samolocik zamienię na błyszczącą kilkutonową maszynę i to ja zasiądę za jej sterami.

Nazywam się Piotr Lipiński, mam 48 lat. Jestem pilotem. Życie bez latania? Nie znam.

Mój tato widząc z jakim zapałem robię te samolociki, zabierał mnie na Bemowo, żebym mógł zobaczyć statki powietrzne na własne oczy, usłyszeć dźwięk startującej maszyny, zobaczyć, jak wzbija się w powietrze. Jestem mu za to bardzo wdzięczny, bo latanie to było moje wielkie marzenie. Odkąd pamiętam.

Kolejne wybory życiowe były temu podporządkowane. Poszedłem do technikum o profilu lotniczym i choć specjalizowało się w szkoleniu mechaników – w wieku 15 lat mój cel udało się osiągnąć. Po raz pierwszy usiadłem za sterami prawdziwego, namacalnego samolotu – Cessny 152 – wielkością porównywalną z tymi samolotami, które oglądałem jako dzieciak.

Bardzo na ten moment czekałem. Od pierwszego dnia szkoły aż do maja, bo jako ostatni zostałem wylosowany do latania. Dla nastolatka to było ogromne przeżycie. Już od pierwszej godziny spędzonej w powietrzu za sterami poczułem radość latania. Wszystko było nowe, a odpowiedzialność trochę ciążyła, bo przecież tak to bywa na początku, że wszystko wydaje się bardzo trudne.

A potem były już samoloty wielosilnikowe, lądowanie w trudnych warunkach atmosferycznych, kurs instruktorski i oczywiście większe samoloty. Ale to już zupełnie inna para kaloszy i inne latanie.

Bo za sterami większego samolotu wszystko się zmienia. Pamiętam swój pierwszy lot w kokpicie samolotu liniowego. Koledzy wylądowali już we Wrocławiu – a ja mentalnie ciągle byłem przed startem w Warszawie. Wszystko dzieje się o wiele szybciej, załoga jest dwuosobowa, obowiązują inne procedury.

Ktoś powiedział, że latanie samolotami pasażerskimi jest nudne. To nieprawda. Szczerze mówiąc, sam nie byłem do tego pomysłu przekonany, ale posłuchałem starszego kolegi (dziękuję Czesiu), złożyłem dokumenty do linii lotniczej, dostałem się za trzecim razem i muszę powiedzieć, że kolega miał całkowitą rację. 10 lat później po pierwszym locie za sterami – trafiłem do linii lotniczej i tak latam od 1996 r. I nie wyobrażam sobie robić nic innego.

Nie tylko dla mnie, ale dla wielu innych osób, wykonywanie tego zawodu – to spełnienie marzeń. I znam wielu takich, którzy zaczęli latać w „dużym lotnictwie” w wieku czterdziestu kilku lat. Nagle doszli do wniosku, że czas na zmiany i wywrócili całe dotychczasowe życie do góry nogami. Jestem dla nich pełny podziwu. Teraz, gdy na niebie szybko przybywa samolotów, jest większe zapotrzebowanie na pilotów, ale zawsze trzeba mieć odrobinę szczęścia. Jak zawsze. I oczywiście trzeba zdać odpowiednie egzaminy. Ale też zapłacić niemałe pieniądze. Za szkolenie lotnicze osobno, a też często gdy się dostanie do linii lotniczej, trzeba zapłacić jeszcze za szkolenie na konkretnym typie samolotu. Powyżej 100 tys. zł. Łącznie kwota wszystkich szkoleń i egzaminów może wynieść nawet 300 tys. zł.

Pieniądze jednak to nie wszystko, bo oczywiście można je mieć, wziąć kredyt czy pożyczyć od rodziny. Trzeba też spełnić naprawdę wiele warunków. Jednym z nich jest stan zdrowia. Gdyby to było takie proste, to pewnie wszyscy mogliby pilotować samoloty. A to nie jest dla każdego. Ale gdy już zasiądzie się za sterami i zacznie latać – to nie znam takiej osoby, która pożałowałaby swojej decyzji, bo to prawdziwa pasja.

Byłem najmłodszym pilotem

Kiedy dostawałem się do dużych linii lotniczych, byłem jednym z najmłodszych pilotów, a potem najmłodszym kapitanem. Teraz? Może nie jestem najstarszy, ale szkolę innych. I mam nadzieję, że jeszcze polatam, bo można wykonywać ten zawód do 65. roku życia. I nie zamierzam niczego zmieniać.

Często słyszę pytanie, kim jest ten drugi pilot w kokpicie. Tą osobą jest pierwszy oficer. Oboje jesteśmy pilotami, umiemy latać, wystartować, wylądować, znamy wszystkie procedury. Swego czasu czytałem w mediach, że jeden z pilotów zasłabł podczas lotu i zastąpił go kolega. Dlatego właśnie jest pierwszy i drugi pilot. Stanowimy zespół, załogę. Z tą różnicą, że kapitan tak jak na statku – podejmuje decyzje. I jeszcze jedna banalna rzecz. Nawet w instrukcji samolotu jest napisane, że samolot wymaga minimum dwóch pilotów.

Często słyszę pytanie, czy nie boję się zginąć

Burze? Uwielbiam. Mam takie jedno ulubione zdjęcie, gdy jestem w kokpicie, pilotuję samolot i przede mną widać błysk. Mamy bardzo dobre radary pogodowe, dzięki którym możemy oblecieć różne zjawiska atmosferyczne. Problemem bywa też mgła, ale możemy lądować nawet przy widzialności 75 m, a to naprawdę mało. I wtedy ląduje autopilot. Ale oczywiście ktoś musi go zaprogramować, wprowadzić odpowiednie dane, bo na pewno autopilot sam nie wystartuje ani nie pokołuje.

Często słyszę pytanie, czy nie boję się zginąć. A wtedy odbijam piłeczkę i pytam, a ty nie boisz się usiąść za kierownicą samochodu? Przecież na drogach zdarza się o wiele więcej wypadków i nikt nie wsiada do auta z przerażeniem i nie mówi: „Boże, jak ja się boję, zaraz możemy wszyscy zginąć”.

Turbulencje? Gdyby pasażerowie mieli zapięte pasy podczas lotu, nic im by się nie działo. Zjawisko to można porównać do parku rozrywki i rollercoasterów. Będąc w powietrzu zapominamy, że samolot porusza się z bardzo dużą prędkością, której nie odczuwamy i wystarczy utrata kilku metrów, żebyśmy odczuli te wahania. A mój Boeing będzie sobie po tym wszystkim płynął. Można ten manewr porównać do pływania motorówką po dużych falach, która wykorzystuje ich wielkość i się od nich odbija. Wystarczy 7 czy 8 metrów, żeby pasażer pomyślał: „Boże, już po nas”. A to nieprawda.

Samolot też nie spada, tylko szybuje. I naprawdę przy wyłączonych silnikach można szczęśliwie wylądować. Media elektryzują informacje o katastrofach i wypadkach śmiertelnych, a kiedy przypominam sobie różne wypadki to sięgam pamięcią 40 lat. W latach 70. rozbijało się rocznie ok. 30 samolotów, a teraz? Bywały lata, że nie było żadnej katastrofy, a to dlatego, że linie lotnicze i producenci robią wszystko, żeby ich maszyny były najbezpieczniejsze.

Żaden z nas, proszę mi wierzyć, nie jest samobójcą. Mamy rodziny, przyjaciół, dobre życie. I procedury, które określają, jak postępować w każdej sytuacji. Koniec. Kropka.

źródło: turystyka.wp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *