Wszyscy powtarzają „no stress”. Na tej wyspie zapomnisz, co to zmartwienia

Wczoraj, w 78. rocznicę urodzin Cesarii Evory, internet wspominał niezapomnianą artystkę, bez której o Wyspach Zielonego Przylądka jeszcze kilka lat temu w Polsce mało kto by wiedział. Dzisiaj to nie tylko doskonale znany kierunek muzyczny, ale też jedna z ciekawszych propozycji turystycznych i na lato, i na zimę.

Wszędzie słychać „no stress”

No stress to niemal życiowe motto mieszkańców tego niewielkiego kawałka Afryki, a przecież los nie oszczędzał ich przez pokolenia. Jeszcze w XX wieku można było spotkać przykłady niewolnictwa i silne wpływy portugalskiego kolonializmu, dzisiaj słychać jedynie ich echa w portugalskim sudade, czyli pewnego rodzaju smutku, melancholii, o którym śpiewała Cesaria Evora.

Mieszkańcy Wysp Zielonego Przylądka nie są jednak smutasami narzekającymi na cały świat i drobnostki życia codziennego! To ludzie pełni pogody ducha, wyluzowani, ale też zdystansowani od wielu spraw zachodniego świata. Ich „no stress” udziela się turystom od razu.

Już po wylądowaniu na wyspie Sal (na tę wyspę biura podróży organizują przeloty czarterowe i wycieczki wypoczynkowe) poczujemy ten spokój, który jest miłą odmianą do warszawskiego gwaru. Tu nikt się nie spieszy, nie przepycha w kolejce, przed lotniskiem co chwilę przejeżdża samochód z turystami na pace, którym lokalny przewodnik pokaże wyspę podczas całodziennego objazdu. Machają do czekających na odkrycie tego unikalnego miejsca.

– Kiedy wspominam swój pobyt na Sal, przed oczami mam cudownie błękitną wodę, plaże w kolorze czarnym przechodzące w złociste wydmy i dalej w żółte rajskie wybrzeże, rekiny pływające obok moich nóg i rybaków na molo w Santa Marii, którzy codziennie wybierali całe kosze świeżych ryb – wspomina pani Marta z Gdyni.

Sal, największa z wysp Zielonego Przylądka, zielona jest tylko z nazwy. Będziemy tu otoczeni krajobrazem spalonej afrykańskim słońcem ziemi, pustynią i piaszczystym wybrzeżem. Jeśli szukamy wytchnienia w otoczeniu zieleni, znajdziemy je w cieniu palm na terenie hoteli, których z roku na rok przybywa w linii brzegowej.

Jeszcze kilka lat temu polscy turyści jeździli głównie do hotelu Oasis Atlantico Belorizonte, dzisiaj mają do wyboru więcej obiektów, nawet renomowanych sieci hotelowych np. Melia.

To właśnie ta prostota i minimalizm urzekają na wyspie najbardziej. Z bliska możemy podejrzeć codziennie, niespieszne życie mieszkańców, którzy pracę przeplatają aktywnościami na miejskiej plaży – grają w piłkę, pływają na deskach, trenują capoeirę. Na spacer po miasteczku możemy śmiało wybrać się sami, bez rezydenta czy pilota.

Bezpiecznie będzie nawet w niewielkich lokalnych knajpach, ale musimy być przygotowani na ciągłe zaczepki sprzedawców – i tych z Cabo Verde, i tych z Senegalu. Będą chcieli sprzedać bransoletki, wyroby z wizerunkiem Santa Marii, plecionki i figurki. Ale spokojnie…no stress! Jeśli nie kupimy, trudno. Uśmiechną się i zaczepią nas następnego dnia jak gdyby nigdy nic.

Fatamorgana, rekiny i slumsy

Co jeszcze odstresuje nas na tym skrawku ziemi? Z całą pewnością zwiedzanie bez setek turystów dookoła. Warto odwiedzić kilka miejsc, np. słynne Blue Eye, czyli osadzoną głęboko w ziemi turkusową wodę, w której niczym w oku odbijają się promienie słońca. Wygląda naprawdę niesamowicie! Przystankiem obowiązkowym jest pustynia, na której będziemy mieli rzadką okazję zaobserwowania zjawiska fatamorgany.

Na bardziej odważnych czeka spotkanie z rekinami żarłaczami żółtymi lub cytrynowymi, które podpływają naprawdę blisko. Jeśli chcemy je nakarmić i poczuć, jak ocierają się o nasze nogi, zabierzmy ze sobą buty do chodzenia w wodzie, bo bardziej niebezpieczne od dotknięcia rekinów może okazać się bliskie spotkanie z jeżowcami. Dla tych, którzy wolą jednak poznawać historie ludzkie, najlepszym miejscem będą knajpki i bazary miejskie – mieszkańcy są skorzy do rozmów i na pewno nie odmówią wspólnego wypicia ponczu, alkoholowego znaku rozpoznawczego Cabo Verde.

Na wycieczce z lokalnymi przewodnikami będziemy mieli okazję odwiedzić najbiedniejsze rejony wyspy, gdzie w slumsach mieszkają całe rodziny, a dzieci uczą się w malutkich pomieszczeniach z niemal pustymi ścianami. Nie wierzmy jednak, że to będzie niespodziewana wizyta. Turyści docierają tam regularnie, zostawiając datki dla najuboższych. W tych dzielnicach najbardziej słychać znane z pioseenk Cesarii Evory sudade.

źródło: wp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *