Mamy spędzić wakacje w Polsce? To niech polska branża turystyczna się w końcu ogarnie

Od cen, które potrafią zapierać dech w piersi, przez notoryczne problemy z infrastrukturą, obsługiwanie internetu jakby dalej był dostępny przed modem telefoniczny i kosztował fortunę, aż po wszechobecne zakazy, zmarnowany potencjał i podejście sprzed co najmniej 3 dekad. Polska branża turystyczna ma na sumieniu wiele grzechów. A skoro wielu z nas spędzi tegoroczne wakacje w kraju, postanowiliśmy się im nieco przyjrzeć.

Wstrzymanie ruchu lotniczego i obostrzenia poszczególnych krajów sprawiły, że coraz więcej mówi się o wakacjach w Polsce. Ma być jak za starych, (całkiem) dobrych czasów, gdy tropiki oglądaliśmy w telewizji, a kilkugodzinne postoje przed każdą z granic skutecznie odstraszały większość polskich rodzin od zagranicznych wojaży. Korzystaliśmy z uroków polskiej turystyki i choć czasem oznaczało to tydzień oglądania deszczu, zabieranie tony puszek z gotowymi klopsikami i dni rozpoczynanych zapachem turystycznej (a raczej jakiejś uroczej podróbki) czy taszczenie 30-kilogramowego namiotu, który miał pomieścić całą rodzinkę na polu namiotowym w Przerwankach, to było i śmiesznie, i wesoło, i wakacyjnie, a wspomnienia z tamtych czasów są nieporównywalne z niczym innym. No, głównie dlatego, że to już przeszłość i wielu z tych rzeczy nie musimy już robić.

Dziś namioty są lekkie, puszki czy gotowe dania potrafią być naprawdę bardzo smaczne, a dobrze wyposażone sklepy działają właściwie w każdej – nawet mniejszej – wsi. Wróciły jednak kolejki na granicach, a wielu właścicieli obiektów, wielu zarządców atrakcji turystycznych czy nawet właścicieli stricte sezonowych restauracji nawet nie musi nigdzie wracać, bo wciąż tkwi mentalnie w latach 90-tych, gdy Polak miał się cieszyć, że w ogóle ma z czego korzystać.

Ceny z kosmosu

„Wakacje nad Bałtykiem droższe niż w Tajlandii” – nie ma chyba portalu podróżniczego, który nie przygotowałby takiego czy podobnego zestawienia (zagraniczny kierunek może się zmieniać). Nie jest tajemnicą, że wakacje w Polsce potrafią zrujnować budżet – zwłaszcza, gdy macie własne dziecko albo pielęgnujecie to ukryte gdzieś głęboko w Was, które ciągnie a to na gofra, a to na lody, a to „ojej, jaki piękny magnes, kup mnie”, a to rybkę by się zjadło, a to oscypków nakupiło, a to na Krupówkach się kręci mały prosiaczek i opieka na złoto.

I jeśli liczyliście, że po tygodniach zamkniętych obiektów, coś się zmieni i nagle ich właściciele będą szukali sposobów, żeby przyciągnąć turystów obniżając ceny, to nic z tego. Byliście tak naiwni jak ja. Wszystko wskazuje na to, że stało się wręcz przeciwnie, a wszyscy chcą się czym prędzej odkuć. I najprawdopodobniej podobnie stanie się we wszystkich innych odnogach branży – w wypożyczalniach sprzętu, w sklepach z pamiątkami, cukierniach, smażalniach ryb, bacówkach czy karczmach.

Co to oznacza? Że jeśli zgodnie z moją własną tradycją, która nakazuje mi przynajmniej raz w roku odwiedzić Bałtyk i przynajmniej kilkukrotnie zajrzeć do Zakopanego (no cóż, każdy ma swoje zboczenia) – pewnie będę jadła w tym roku gofra nie za 10, ale za 20 PLN i razem z sosem czekoladowym, bitą śmietaną i borówkami, na spodnie, chodnik i koszulkę upadać będą moje łzy. A razem ze mną płakać będzie konto w banku. Że za nocleg nad Bałtykiem zapłacę przynajmniej 2-3 razy tyle, co za ten sam standard w Bankgoku, że godzina wynajęcia rowerka wodnego zdecydowanie przekroczy to, ile w przeliczeniu na godzinę zarabiam.

Nigdy nie pojmę, dlaczego we Włoszech fenomenalna kawa kosztuje maksymalnie 1,5 EUR, a w Krakowie, Warszawie czy Gdańsku startuje od 10 PLN w górę? Dlaczego w mojej ulubionej rzymskiej trattorii płacę za obiad dla dwóch osób z winem i kieliszkiem limoncello 100 PLN, a w Polsce za samą karafkę wina (i to domowego!) skasują mnie na 50 PLN? Ktoś powie, że mają bliżej do składników? Okej. W takim razie niech mi ktoś wyjaśni, jakim cudem ryba z frytkami potrafi kosztować nad Bałtykiem 50-60 PLN, skoro podobno była rano wyłowiona z tych oto tutaj, pięknych, choć mroźnych fal, co je niemal widzę z okien smażalni? Ano, bo właśnie wyłowiona, bo świeża, bo „paaaani, od zaprzyjaźnionego rybaka”. No i koło się zamyka.

Bo powód do podniesienia ceny jest zawsze. A to słaby początek sezonu, bo pogoda nie dopisała, a to pogoda dopisała, ale ludzie jednak te alinkluziwy wolą teraz i nie ma komu sprzedawać, a to ceny składników poszły w górę, a to ZUS podnieśli, a to benzyna droższa, a to pracownicy już nie chcą pracować za 3 zł/h.

Ale oczywiście nie chodzi tylko o noclegi i restauracje! Pamiętacie ten moment, jak jesteście np. w Petrze, w Chichen Itza, Tadź Mahal czy Angkor Wat? I z zazdrością patrzycie na cennik, w którym jak byk stoi, że Wy np. zapłacicie nawet 90 JOD (czyli ok. 540 PLN), a obywatele kraju zaledwie symboliczny 1 JOD, czyli ok. 5 PLN? A pamiętacie ten, gdy w końcu możecie sobie to odbić zwiedzając Polskę? No, ja też nie. Wszak w Polsce nie ma zwyczaju rozdzielania cen dla Polaków i obcokrajowców nawet w tych najbardziej popularnych czy rozchwytywanych miejscach. Polacy płacą pełne stawki zawsze i wszędzie. A nie, przepraszam. Kiedyś mieszkańcy Warszawy mieli zniżkę na Pałac Kultury i Nauki, ale jak teraz zerkam do cennika to i to jest już chyba nieaktualne.

No, a ja jeżdżę i płacę, chociaż to już zakrawa na syndrom sztokholmski. Ale kiedyś się w końcu zbuntuję, zobaczycie.

Niechęć do internetu

Dobra, jestem gotowa olać tę Tajlandię, Filipiny, Meksyk i wszystkie inne kierunki, które miały być nie droższe od urlopu w Polsce, pogodziłam się, że chwilowo granice są zamknięte, rząd otwiera hotele, teoretycznie chcę gdzieś jechać, znajduję idealny obiekt, już witam się z gąską, już chcę zarezerwować, a tu BENG! A to nie ma strony internetowej, a to na Facebooku ostatni wpis jeszcze przed Potopem, a jak wrzucam nazwę w Google to mam wrażenie, jakbym trafiła do najgłębszego archiwum internetu.

Trzeba dzwonić, najgorzej. Serio, drodzy hotelarze, czy Wy nie zdajecie sobie sprawy, jak wielu ludzi w obecnych czasach ma fobię związaną z dzwonieniem?! Pół dnia będą chodzić po pokoju i przygotowywać się do telefonu w stresie. A stres to nie jest coś, co chcecie budzić w swoich potencjalnych klientach. Ileż przepada Wam rezerwacji tylko dlatego, że niczym wytrawni sprzedawcy z Facebooka, robicie coś w rodzaju „cena na priv”? Na czym polega ten fenomen? Wstydzisz się swoich cen, bo uważasz, że są za wysokie? To je obniż. Uważasz, że są adekwatne, ale boisz się reakcji ludzi? Zignoruj to, bo nigdy wszystkim nie dogodzisz, a najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy i tak nigdy by do ciebie nie przyjechali. Cenisz się, bo masz super produkty, piękne wnętrza, świetną lokalizację? Podkreśl to i napisz wprost, dlaczego trzeba zapłacić tyle i tyle.

Zrób dobre zdjęcia, zadbaj o aktualne dane, nie bój się publikować cennika, prowadź stronę na Facebooku, odpisuj sprawnie na wiadomości, nawet, jeśli ludzie zadają idiotyczne pytania, o to, czy okna otwierają się do środka czy na zewnątrz albo ile centymetrów długości ma wanna. Pochwal się, co można u Was zjeść na śniadanie, pokaż, co w okolicy jest fajnego, podziel się dobrymi opiniami, które zostawili goście.

No kurczę, po prostu nie bój się internetu – to już nie te czasy, gdy połączenie szło przez telefon i płaciło się za to krocie. Internet jest dziś Twoim największym sprzymierzeńcem. Jego ignorowanie to strzał w stopę.

A potem się wszyscy dziwią, że ludzie wolą rezerwować przez Booking…

Słaba infrastruktura

Stare łóżka, koce, które wyglądają jak odkupione od izby wytrzeźwień, kawa zrobiona chyba z fusów po poprzednikach, zniszczone kabiny prysznicowe, zakurzone kąty – mimo, że branża turystyczna w Polsce zrobiła gigantyczne postępy, to wciąż i tak nie brakuje takich miejsc. I dobrze, że są, jeśli przy okazji mają adekwatną, bardzo niską cenę, bo wszyscy wiemy, że czasem potrzebujemy tylko szybko się przespać, a budżet mamy mocno ograniczony. Gorzej, jeśli cenią się solidnie, bo przecież „turyści w sezonie wszystko wezmą”. Ale dla takich nie ma już ratunku.

Zostawmy więc na moment obiekty noclegowe, a przyjrzyjmy się całej reszcie, np. atrakcjom turystycznym. Potencjał ogromny, ale już zanim ruszysz jesteś chory. Dojazd okropny, korki na 15 km przed, parkingu nie ma albo jest za jedynie 30 PLN i pocałowanie rączki. No dobra, powiecie, że trzeba było zostawić auto w domu. Okej, to super pomysł, jeśli da się dojechać jakimś transportem zbiorowym. I jeśli jego twórcy mieli choć odrobinę rozsądku.

Weźmy taką Palenicę Białczańską, z której można wyjść i do Morskiego Oka, i na Rysy, i do Pięciu Stawów i do wielu innych miejsc. Wspaniałe szlaki, fenomenalne widoki, gigantyczna popularność. No to busy jeżdżą w te i wewte, ale w sezonie ich kierowcy bez mrugnięcia okiem potrafią sobie liczyć nawet po 15 PLN od osoby w jedną stronę. To już 30, żeby dojechać tam i z powrotem z Zakopanego. Tyle samo kosztuje parking, więc już jedna osoba w aucie wychodzi na zero. A do tego busy zaczynają kursować od 7-8 rano. Jak chcesz zdążyć przed tłumem, nie masz szans. Nie mówiąc już o tym, że możesz zostać bez transportu z powrotem, gdy przyjdziesz trochę za późno, bo się dobrze szarlotkę jadło.

Polska branża turystyczna kocha psioczyć na kierowców, ale jednocześnie nie robi nic, żeby dać im alternatywę. Jak powstają parkingi, to gdzieś pokątnie, na prywatnych działkach otwierają je ludzie, którym przyfarciło się mieć taki a nie inny kawałek pola. I wołają sobie – nomen omen – jak za zboże. W popularnych miejscach wciąż brakuje porządnych knajp, które serwowały by coś więcej niż „cokolwiek i to średniej jakości, bo i tak już tu nie wrócą”. Mnóstwo atrakcji turystycznych nie sprzedaje biletów przez internet. Na miejscu nie ma ławek, nie ma gdzie sobie odpocząć, nie ma, gdzie poczekać, nie ma, gdzie na chwilę położyć plecaka, żeby nie musieć na ziemi, nie ma gdzie się skryć przed deszczem, bo przecież jak wyszli z obiektu i czekają na PKS-a, to już nie nasza sprawa. Nie ma dobrych oznaczeń, nie ma jasnych opisów, a nawet rozdawane mapki czy broszury potrafią wprowadzać w błąd. A jak się przy plaży trafi przebieralnia czy prysznic, to już prawie luksus.

A no i oczywiście – toalety. Czasem zdążyłbyś prędzej znaleźć Świętego Graala, babcię, która nie chce nikogo nakarmić i wszystkie rodzynki w serniku, niż czynną (o czystej już nie mówiąc) ogólnodostępną toaletę. Najlepiej jeszcze płatną, bo ze skrzyżowanymi nogami i próbą odpędzenia od siebie wszystkich myśli o płynącej wodzie, świetnie się szuka 2-złotówki po kieszeniach. Zwłaszcza w czasach blików, kart i płacenia zegarkami.

Albo te moje ulubione – na „kluczyk dostępny u obsługi/w recepcji/w trzecim domu po lewej stronie po wypowiedzeniu tajemniczego kodu”, jakby po otwarciu drzwi miała się ukazać co najmniej bursztynowa komnata. I tak wiadomo, że tylko dla klientów, ale nawet oni, muszą wcześniej uniżenie i łaskawie poprosić o kluczyk, żeby czasem całej obsłudze nie umknęło, że akurat masz ochotę opróżnić pęcherz. No, ale to i tak lepsze, niż żeby nie było wcale.

Nie dotykaj, nie rusz, nie przyjeżdżaj

Niemal na równi z windowaniem cen, branża turystyczna ukochała sobie zakazy. Nie biegać wokół basenu, nie wprowadzać psów na plażę, nie robić zdjęć na całym terenie danej atrakcji turystycznej, nie jeść lodów, nie dotykać eksponatów, nie śmiać się zbyt głośno, nie pić alkoholu, nie przepychać się, nie rób tego, nie rób tamtego, po co tu w ogóle jesteś?

I nikt nie mówi, że trzeba od razu „Pochodnie Nerona” w Sukiennicach wypaprać łapami, ale nadzieja na powrót kapci do muzeów też powinna już zostać tylko w sferze marzeń. Wszędzie powinny być granice, ale może czasem warto po prostu zaufać ludziom? Jesteśmy mądrzejsi niż mogłoby się wydawać!

Oczywiście w ostatnich latach wreszcie powstają atrakcje, muzea czy instytucje, które kompletnie wywróciły podejście do odwiedzających i są stworzone tak, by właśnie dotykać, doświadczać, próbować. Wiedzą, że to przynosi dużo większy efekt niż bierne oglądanie. Ale wciąż są w mniejszości, a większość z nas w kółko czyta kolejne piktogramy – i nie ma znaczenia, czy są w budynku, czy na wolnym powietrzu, czy gromadzą naprawdę spektakularne zbiory. Najlepiej by było nie jeść, nie dotykać, nie fotografować albo po prostu… nie przyjeżdżać. A nudnym przewodnikom nie zadawać pytań, bo jeszcze zburzycie wyuczone formułki.

I od razu czuje się niczym w Singapurze, gdzie liczba zakazów jest nieporównywalna z żadnym innym krajem na świecie. Ale spoko, jak tak dalej pójdzie, to może ich dogonimy.

Oszustwo oszustwem pogania

Kochamy kombinować. To nasza cecha narodowa, która potrafi mieć tak fenomenalnie pozytywne konsekwencje, że czasem się w głowie nie mieści. Cuda potrafimy wymyślić – zwłaszcza, jak nam się zabrania albo ktoś mówi, że się nie da. Ale niestety potrafi mieć też tę okropną stronę.

Znajdziesz świetny apartament w Krakowie, Warszawie czy Gdańsku w dobrej cenie? Idę o zakład, że na dole małym drukiem jest dorzucona opłata za sprzątanie, które potrafi wynosić nawet drugie tyle, co opłata za nocleg. A nuż ktoś nie zauważy i się skusi na rezerwację. Później może się awanturować, trudno.

Że na zdjęciach śniadanie wyglądało jak wielki szwedzki stół godny niejednej biesiady, a w rzeczywistości serwujemy raczej coś w rodzaju śniadania szpitalnego? No, bo tak się składa, że tamte wypasione zdjęcia, to były akurat z Wielkanocy, kto mówił, że u nas tak codziennie? Pościel się za bardzo nie ubrudziła po gościach? No, to przecież wystarczy ładnie ułożyć od nowa i jakoś to będzie, nie? Pranie droga sprawa. Ryba w smażalni jest na wagę? To dawaj, trzy razy do panierki, zbijemy na tym kokosy. Piwo chrzczone, frytki z najtańszej mrożonki, bigos z tego, co zostało wczoraj. Można oszukać, bo i tak nie zależy nam, żeby ktoś do nas wrócił? To oszukujmy, pewnie.

Takie przykłady można mnożyć. I tak, za granicą też oszustwa są na porządku dziennym, ale o ile częściej panuje zasada, że „swojego się nie oszukuje”. A u nas swojego jakby przede wszystkim. Niestety.

Polska branża turystyczna może mieć w tym roku jedyną i niepowtarzalną okazję, by udowodnić wszystkim niedowiarkom, że w Polsce też może być super. Że mamy obiekty na bardzo wysokim poziomie, że mamy atrakcje turystyczne, które mogą zachwycać cały świat, że mamy fenomenalna restauracje, krajobrazy takie, że dech zapiera. To pierwszy raz od dawna, gdy wakacje w Polsce będą naprawdę masowe, a niektórzy zdecydują się na nie pierwszy raz od czasów wyjazdów z rodzicami. I mogą albo się zachwycić albo bardzo rozczarować. Branżo, zrób co możesz, żeby to było to drugie.

Broniłam was wielokrotnie, równie często jak polskiego kina, które podobno nie produkuje dobrych filmów od lat. Czy mnie zawiedziecie? Nie wiem. Widzę, że wiele obiektów podnosi ceny, pieniądze na remonty poszły na przetrwanie wszystkich obostrzeń, zakazy będą jeszcze większe, bo przecież teraz tym bardziej nic nie wolno dotykać. I my – potencjalni klienci – pewnie jesteśmy to w stanie zrozumieć.

Pod warunkiem, że za tym pójdzie też jakość, ciepłe przyjęcie i przynajmniej minimum wysiłku. Dzisiaj Polak już dawno zostawił lata 80 czy 90. za sobą, widział trochę świata, ma wyobrażenia o tym, jak turystyka może wyglądać i jak turysta może być doceniony. Ba, obecnie Polak często nawet ma pieniądze i chciałby je wydać. Ale na coś fajnego. Wbrew temu, co lubimy o sobie mówić i co czasem reprezentuje zidiociała mniejszość – umiemy docenić dobrą kuchnię, nie zawsze skąpimy na usługi, chcemy i lubimy zwiedzać, chłoniemy wiedzę i zapamiętujemy ciekawostki. Lubimy wracać do tych samych miejsc i lubimy je sobie polecać. Wiemy, że Polska jest piękna, wiemy, że ma wiele zaoferowania.

Ale to od Was zależy, czy będziemy chcieli ją zwiedzać także wtedy, gdy granice znów będą otwarte czy zostawimy sobie tylko na sytuacje „z braku laku”.

źródło: fly4free.pl

Admin Zetolot.pl

Założyciel portalu Zetolot.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *