Dwa dni w Petrze. Bo jeden – to bez sensu

Co najmniej dwa dni trzeba poświęcić na jeden z cudów świata – Petrę, tajemnicze, wykute w skałach miasto w Jordanii. Podpowiadamy, jak wykorzystać ten czas i nie dać się naciągnąć.

Jordania jest bez wątpienia zimowym hitem Ryanaira. Tani przewoźnik uruchomił loty z Krakowa i Modlina do Ammanu na sam koniec października 2018 r., a Polacy chętnie z tych połączeń korzystają, bo i ceny bardzo kuszące, i Jordania magiczna. Wbrew stereotypowym podejrzeniom wobec krajów Bliskiego Wschodu, w Jordanii jest bezpiecznie (polski MSZ nie publikuje żadnych ostrzeżeń), infrastruktura turystyczna jest dobrze rozwinięta, a mieszkańcy – gościnni i z reguły swobodnie mówiący po angielsku.

Niech jednak nikogo nie zwiedzie śmiesznie niska cena biletu lotniczego (w promocji od kilkudziesięciu złotych w dwie strony, a na ogół ok. 300 zł). Na miejscu jest po prostu drogo. Trzeba się trzymać za portfel, planować wydatki i szukać oszczędności. Jak? Podpowiemy.

Jordan Pass jak sprawność harcerska

Przede wszystkim, jeżeli lecimy samolotem, zatrzymujemy się na minimum trzy noce i planujemy zwiedzić największą atrakcję turystyczną, Petrę – a przecież planujemy, bo to żelazny punkt programu – dobrze jest zaopatrzyć się w tzw. Jordan Pass. Taki komplet wejściówek do atrakcji turystycznych w różnych punktach kraju, razem wizą, wykupujemy na poświęconej temu programowi stronie internetowej jordańskiego Ministerstwa Turystyki i Zabytków.

Jordan Pass obejmuje wstęp m.in. do Jerash z ruinami jednego z najlepiej z zachowanych na świecie rzymskich miast z okresu starożytności, zamku krzyżowców Karak, amfiteatru rzymskiego wraz z dwoma muzeami i Cytadeli w Ammanie oraz do Petry oczywiście. Cena karnetu zależy od tego, ile dni chcemy zwiedzać najdroższą atrakcję – Petrę (np. dwa dni – 75 JD – dinarów jordańskich, czyli ok. 400 zł). Przy czym regularna cena za jednorazowy (jednodniowy) bilet wstępu do Petry to 50 JD. Jordan Pass jest tak opłacalny, ponieważ pokrywa także cenę wizy, wynoszącą 40 JD (do kupienia też z marszu, bez formalności, na lotnisku). Jeśli mamy Jordan Pass, stawiamy się z paszportem tylko po wbicie wizy i nic już nie musimy dopłacać.

Sympatycznym bonusem dla posiadacza Jordan Pass z zacięciem kolekcjonerskim jest fakt, że karta będzie ostemplowana w każdym odwiedzanym miejscu. Zbieranie pieczątek może być nie lada atrakcją dla dzieci.

Miasto czerwonej róży

Jeśli liczymy się z każdym groszem i nie wynajmujemy prywatnego kierowcy, do Petry bez problemu dostaniemy się z Ammanu autobusem firmy Jett. Bilet lepiej kupić dzień wcześniej. Albo przynajmniej zarezerwować telefonicznie (za pośrednictwem hotelu), ale bywa z tym zamieszanie, więc lepiej mieć go w garści. Autobus odjeżdża codziennie o godz. 6.30 z dworca Abdali i kosztuje 11 JD. Dowozi nas na parking pod centrum turystyczne, będące wejściem na teren wykutego w skałach miasta Nabatejczyków. To pobudzające wyobraźnię dziedzictwo kultury, które z pewnością da nam w kość – w sensie dosłownym, bo jeśli zechcemy zobaczyć większość budowli, będziemy mieć w nogach około 20 km dziennie.

Nie musimy szukać noclegu jak najbliżej wejścia na teren kamiennego miasta. W oddalonej o kilka kilometrów miejscowości Wadi Musa jest też mnóstwo hoteli, hosteli i pensjonatów b&b z konkurencyjnymi cenami i większość z nich oferuje gościom bezpłatny transfer co najmniej dwa razy dziennie pod samo wejście.

Liczące ponad dwa tysiące lat historii fantastycznie zachowane ruiny położone są w dolinie i bardzo rozległe. Miasto rozkwit przeżywało w okresie od III w. p.n.e. do I w. n.e., kiedy Petra była stolicą królestwa Nabatejczyków – silnego arabskiego plemienia – i najważniejszym w regionie skrzyżowaniem szlaków handlowych z Indii, Mezopotamii i Egiptu. Nabatejczycy zwali swą stolicę Rqm (Rakmu) – „wielobarwną”, dziś możemy spotkać się z romantycznym określeniem „miasta czerwonej róży” albo po prostu „różowego miasta”. W okresie prosperity miało trzy duże rynki, budowle – świątynie, pałace i grobowce – wykute w czerwonych skałach i teatr na 10 tys. widzów.

Petra była podbita przez krzyżowców i Saladyna, a dzieła zniszczenia dopełniły trzęsienia ziemi. Europejczycy, a konkretnie szwajcarski podróżnik Johann Burckhardt odkrył ją na nowo w 1812 r. Udało mu się to dzięki fortelowi – przebrał się za Araba i przekonał beduińskiego przewodnika, by go ze sobą zabrał. Zwiedzać Petrę można od 1958 r.

Skarbiec z góry w nagrodę

Jak rozłożyć siły? Pierwszego dnia, na rozruszanie, polecam oczywiście Skarbiec (Al-Khazneh), a potem jedną lub dwie „pętelki”. Od wejścia do miasta wiedzie tylko jedna droga – najpierw normalny trakt, wzdłuż którego swe usługi oferują właściciele koni, osiołków i wielbłądów, niestrudzenie proponując podwózkę; a potem coraz węższa dróżka pomiędzy pionowymi skałami – wąwóz As-Siq. Równie piękny o wschodzie, jak i o zachodzie słońca, gdy światło wydobywa różany blask kamienia. W końcu Skarbiec wyłania się w szczelinie bez żadnej zapowiedzi i zwala z nóg.

Przez większą część dnia na piętrową fasadę gapi się tłum turystów z rozdziawionymi buziami, pozują do zdjęć wielbłądy, a miejscowa młodzież desperacko usiłuje zarobić. Skarbiec zagrał w filmie o przygodach Indiany Jones’a i z tego tytułu „robi za gwiazdę”. Po jego lewej stronie dostrzeżemy strome schodki, prowadzące na półkę widokową, z której widać Skarbiec z góry, ale trudno się tam przedrzeć – miejscowi chcą za „oprowadzenie z przewodnikiem” aż 20 JD (ok. 100 zł). Spokojnie, nie dajmy się naciągnąć, zaraz zdradzę jak popatrzeć na Skarbiec z góry nic nie płacąc i gapiąc się w spokoju, bez tłumu, tak długo jak się da.

A tymczasem, minąwszy Skarbiec, możemy skierować się na lewo stromym podejściem do miejsca składania ofiar, skąd rozciąga się przepiękna górska panorama – bezkresnej przestrzeni. Po powrocie tą samą drogą odbijamy dla odmiany w prawo, w kierunku Grobowców Królewskich (szlaki są czytelnie oznaczone, a w kasie przy wejściu dostaniemy mapkę; można też zwiedzać z oficjalną aplikacją Go Petra).

Pierwszy Grobowiec Urny i dalsze: Jedwabny, Koryncki i Pałacowy położone są wysoko na skalnej ścianie i podejście do nich wymaga dobrej kondycji. Nie zrażajmy się, idźmy dalej. Widoki są warte wysiłku, a na końcu tego szlaku, za grobowcami czeka frapujący drogowskaz do „najpiękniejszego widoku na świecie – Khobta Mountain”. Kto tam dotrze, jego wytrwałość zostanie wynagrodzona sowicie. Wniebowzięty turysta usiądzie na dywanie w beduińskim namiocie, spuści nogi nad przepaść i zapatrzy się w dół wprost na Skarbiec. Bez żadnych opłat. Co najwyżej wyda na sok u właściciela namiotu, żeby nie był stratny.

Kawa w Klasztorze

Drugi dzień przygody z Petrą musimy zacząć tak samo – od wąwozu As-Siq i Skarbca, a dalej zmierzamy do Teatru, potem Aleją Kolumn do Wielkiej Świątyni, Pałacu Córki Faraona (Qasr al-Bint), ruin Kościoła. W końcu zostaje ostatnia prosta do najodleglejszego, ale najpiękniejszego Klasztoru (Ad-Deir), przypominającego nieco Skarbiec, tylko znacznie większego. Został on zbudowany prawdopodobnie w okresie panowania ostatniego króla nabatejskiego – Rabela II (70-106 n.e.). Za Klasztorem jest ścieżka na położone wyżej punkty widokowe, tłoku już nie ma. Miłym zaskoczeniem są też punkty gastronomiczne z przyzwoitymi cenami – np. mocna jordańska kawa z kardamonem za 2 JD.

W drodze powrotnej można jeszcze zajrzeć do Lion Triclinium – budowli z wizerunkami lwów po dwóch stronach wejścia. Czasu do zachodu słońca i momentu kiedy trzeba opuścić Petrę (godz. 17 zimą) zostanie sporo, bowiem określone na mapie orientacyjne czasy przejścia pieszy ze średnią kondycją może podzielić przez dwa – czyli że np. 8-kilometrowy główny szlak przejdzie nie w cztery godziny, jak ostrożnie szacuje przewodnik, ale w niecałe dwie.

Jeśli ktoś by opadł z sił, na każdym etapie zwiedzania Petry może liczyć na „half-ferrari z klimatyzacją”, czyli poczciwego osiołka, zachwalanego przez miejscowych albo wszelkie inne czworonożne i kołowe środki transportu.

źródło wp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *