1000 osób od tygodnia było uwięzionych na statku, pomoc nadeszła z niespodziewanej strony

Rząd brytyjski ma dość ryzykowne podejście do sytuacji związanej z koronawirusem. Jak do tej pory uznawał, że problem w zasadzie nie istnieje. Dlatego nie zostały zakazane żadne wyjazdy, a rejsy statkami wycieczkowymi nadal mogły się odbywać. Jaki tego efekt widać po wycieczkowcu Braemar, który od tygodnia tułał się po morzach szukając portu, który by go wpuścił.

Na wycieczkowcu znajdowało się ponad tysiąc osób, 682 pasażerów oraz 381 członków załogi. Część z nich została zarażona koronawirusem, dlatego porty odsyłały statek z kwitkiem, nie chcą doprowadzić do sytuacji, kiedy zainfekowani pasażerowie będą rozprzestrzeniać chorobę na lądzie. Jednak sytuacja na statku stała się rozpaczliwa. Zapas żywności trzeba stale uzupełniać, brakowało również wykwalifikowanej opieki medycznej dla chorych.

Wycieczkowiec Braemar zakotwiczył więc na Karaibach i czekał na jakieś ustalenia brytyjskiego rządu. Niestety żaden z krajów należących do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów nie przyjął pasażerów do siebie. Na szczęście dla nich, pomoc nadeszła z nieoczekiwanej strony.

Wycieczkowiec dostał w końcu zezwolenie na cumowanie w porcie na… Kubie. W sytuacji, kiedy żaden kraj nie chciał wziąć na siebie ryzyka, to właśnie Kuba stanęła na wysokości zadania. Po wyjściu na ląd pasażerowie najprawdopodobniej zostana odesłani do swoich krajów i tam poddani kwarantannie.

W trakcie rejsu pasażerowie musieli również się izolować i ograniczyć do minimum kontakt z załogą. Jedynym miejscem spotkań była jedyna otwarta na statku restauracja – pozostałe atrakcje wycieczkowca zostały odwołane. Dopiero po tym incydencie firma Fred Olsen Cruise Lines organizująca rejsy zdecydowała się zawiesić wszystkie wycieczki do 23 maja.

źródło: tanie-loty.com.pl

Admin Zetolot.pl

Założyciel portalu Zetolot.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *